piątek, 23 września 2016

Say You Won't Let Go

mobile photography


Może jednak skorzystam z możliwości napisania posta w formie mobilnej, bo pędzące obrazy za oknem w trakcie podróży Polskim Busem... inspirują? Wracamy z Panem Vikingiem z Gdańska, w sumie z naszych pierwszych wspólnych wakacji, Woodstock'u i wyjazdów na działkę nie liczę. Pierwsze szukanie kwater, dojazdów, atrakcji. Zostałam animatorem wycieczki, podczas gdy on męczył się z noszeniem toreb - całkiem uczciwy układ, prawda? :D

Ale ja nie o tym. Nie o szczegółowym planie naszej podróży, nie o tym, że niedługo trzeba będzie wrócić do szarej rzeczywistości
 - bo ta rzeczywistość, mimo wątpliwie ładnej pogody wydaje się teraz trochę bardziej kolorowa.

Jestem wrażliwcem na punkcie natury, kultury, architektury - dość łatwo zachwycam się innością budynków, klimatyczną uliczką, horyzontem widzianym z góry - może to kwestia wyrobionej przez te parę ładnych lat wrażliwości fotografa, a może fotografia była tylko 'aktywatorem' tego co siedziało gdzieś głębiej w mojej głowie. Oprócz spacerów leśnymi ścieżkami z dala od ludzi, przesiadywania na prawie pustej plaży, wycieczek autobusami i pociągiem - najbardziej utkwiła mi w pamięci jedna, przeciągająca się chwila, w której nawet straszliwy ból głowy zdał się ulecieć.

Gdzieś przypadkiem trafiłam na tekst o "najromantyczniejszej ulicy Gdańska" - mieliśmy wolne popołudnie po średnio udanej wycieczce do Gdyni, więc stwierdziliśmy, że zobaczymy ile w tej opinii prawdy. Tak dotarliśmy na ul. Mariacką - chodnik w formie starych "kocich łbów" (może nie są zbyt wygodne przy spacerach, ale jak wyglądają!) rozciągnięty między dwoma pasami kamienic, których kamienne werandy robiły za ogródki kawiarni, sklepów i pracowni. Jako, że udało mi się zarazić Pana Vikinga chęcią próbowania różnych kaw w różnych miejscach, zatrzymaliśmy się w "Cafe Kamienica". Usiedliśmy na zewnątrz, zamawiając do dwóch americano jeszcze tartę malinowo-czekoladową na spółę. Słońce oświetlało szczyty kamienic, wiatr lekko poruszał kwiatami na balkonach, a gdzieś obok na gitarze akustycznej przepięknie grał pan w średnim wieku. A przy mnie siedział mój Viking, chyba nawet patrzył na to moje rozmarzone spojrzenie, leniwie przenoszące uwagę z jednego szczegółu okolicy na drugi.

No i masz, czas stanął, a ja się rozpłynęłam.

Cieszę się, że mogliśmy w tym być razem, że nie przeszkadzały nam zbędne słowa, że wystarczyło spojrzenie żeby być bliżej siebie.
Bo nie przeniosłam się na ten wyjazd tylko ciałem, kilometry od domu - ale całą duszą, która radowała się każdym momentem
i wraca teraz do domu wypoczęta i pełna nowej energii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz